czwartek, 27 września 2007

Skąd się wzięły komunały?

Współczesny Europejczyk, dynamiczny, odkrywczy i multimedialny zapomniał już o retorycznej kolebce, która go (pośrednio) wychowała. Co prawda, potrafi stosować wielce podejrzane „chwyty” erystyczne, żeby zniewolić ku swej racji, jest mistrzowski w sofistycznej reklamie, która natrętnie zaleca jedno: „kup mnie”, lecz mimo całej swojej „jednowymiarowości” oraz braku głębszych wartości duchowych z lekceważeniem odnosi się do wszystkich „prawd co nie nowe”, nazywając je komunałami.

Jakże łatwo zapomnieć o tym, że te pogardzane komunały odgrywały ogromną rolę w retoryce zarówno w jej planie inwencyjnej (tematycznej) jak i dystrybucyjnej (kompozycyjnej). Retor musiał być wiarygodny, a także musiał pamiętać o stałej więzi z audytorium. Pozyskanie życzliwości tego audytorium stało się koniecznym warunkiem oracji. Nie zawsze przecież horyzonty mentalne mówcy były tożsame z kulturową kompetencją odbiorców. Żeby nie doprowadzać do dramatycznej nierówności teoretycy wymowy radzili zwracać się do „miejsc wspólnych” (loci communes) gwarantujących wzajemne porozumienie nadawczo - odbiorcze.

Takie loci communes (dziś – komunały) stanowiły zbiór mniemań najogólniejszych, powszechnych, nie budzących wątpliwości. Bo przecież nikt nie podważa opinii, że lepiej być bogatym i zdrowym, niż biednym i chorym, czy też, że lepiej jest czynić dobrze niż źle. Choć, oczywiście, przy „prywatnym” stosowaniu tych zaleceń może się okazać, że „dobrze” dla mnie nie oznacza wcale „dobrze” dla mego bliźniego. W tym przypadku „miejsca wspólne” mogły służyć całej sprawie retorycznej argumentacji. A przy komponowaniu mowy? Retorzy zalecali, żeby nie zamęczać słuchacza choćby najszlachetniejszymi nawet wywodami, ale dać mu odetchnąć, wprowadzając „miejsce wspólne odpoczynku” -najczęściej były to znane opowieści, przykłady, analogie. Miejsca te nazwano sedes, bo rzeczywiście i mówca i słuchacze mogli na chwilę usiąść, a nie biegać za myślą.

Mimo rozbudowanej i znakomitej argumentacji odwołującej się do dialektyki i logiki wielcy mówcy korzystali także z miejsc wspólnych i osiągali przez to zamierzony efekt. Przypomnijmy znaną mowę Cycerona przeciwko Katylinie. Cycero wystąpił z oskarżeniem o zamach stanu, nie wiedząc jeszcze czy znajdzie poparcie senatorów. Musiał ich przekonać stosując w argumentacji coś więcej niż chłodną logikę. I oto porównał ojczyznę do matki, zaś Katylinę do złego, wyrodnego syna. I nawet odegrał rolę cierpiącej matki, która niczego więcej nie chce, jak tylko, by syn niedobry więcej jej nie trwożył i odszedł z domu. Tak się też stało. Katylina uciekł z Rzymu i wkrótce został pokonany przez wojska konsulów. To miejsce wspólne utrwala się w kulturze, jest dalej wykorzystywane, trwa niejako poza czasem. Przecież podobna topika charakteryzuje „Kazania” P. Skargi.

Oczywiście, nadmiernie rozbudowana kultura wspólnych miejsc może służyć także wszelkim systemom politycznym, które zakładają swoją władzę na ubezwłasnowolnieniu obywateli, na serwowaniu im bezrefleksyjnej papki informacyjnej, na bezdyskusyjnym przyjmowaniu ideologicznej agitacji. To jest groźne i przed tym ostrzega dziś poezja. We współczesnej polskiej literaturze pojawił się w latach siedemdziesiątych nurt Nowej Fali walczący z oficjalnym, gazetowym językiem „fałszywej kultury”. Ale to już inna bajka, inny felieton.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

No to co, jedziemy jutro? :) A tak przy okazji kupilam to co chciales :)

Winnie_The_Poo pisze...

No pewnie, że jedziemy :-)))

Dziękuję za telefon dzisiejszy. Co do tamtej rozmowy nieodebranej, to nie byłem w robocie, a raczej mamy. Prosiła mnie o pomoc przed przyjazdem Walewskich :-))

I dzięki, że kupiłaś toto tamto ;-)
Nigdzie tego nie mogłem dostać. Do zobaczenia jutro :-)

Kubax ;-)