czwartek, 13 grudnia 2007
Gwiazdą być
Żyjemy w społeczeństwie, ktore ponad wszystko stawia sobie to żeby być lepszym od innych. Dziedzina czy cel tych działań zwykle jest nieistotny a jeśli jest istotny to tylko i wyłącznie finansowy. Wiele z nas zwykłych zjadaczy chleba z masłem i ewentualnie serem gdyż akurat w tym miesiącu szef, prywatny przesiębiorca nie obciął nam pensji, spotyka wielu karierowiczów, którzy jedynym co potrafią w życiu robić to pracować nad swoją karierą bez względu na to ile istnień ludzkich czy wartości moralnych podepczą po drodze. Osobnicy tacy właściwie pozbawieni są własnego zdania bo jak inaczej wytłumaczyć to że potrafią zjednać sobie rzesze niczym nie związanych ze sobą ludzi z zupełnie innych kręgów zainteresowań. Człowiek zwykle uznaje coś za słuszne lub też za złe gdy jego sumienie nie pozwala mu na takie zachowanie wiec jakim cudem niektórzy potrafia robić rzeczy złe i dobre jednoczesnie nie widząc w tym nic złego?? Na to pytanie niestety nie znam odopowiedzi. Być może dla ludzi takich jak ja, którzy uważaja że jazda autobusem bez biletu i jednoczesne narzekanie na podwyżki ceny tegoż biletu jest zupełna hipokryzja wiedza taka nie bedzie nigdy dostępna ale któż to wie... W showbiznesie panuje przekonanie że nie istotne co się mówi o kimś byleby mowiono. Owszem jest to jakaś forma reklamy ale okupiona dość sporym ryzykiem. Zbyt wielu z nas potrafi odróżnić oryginalność zasługująca na pochawałę od zwyczajnej tandety popartej kiczem stulecia. Właściwie wielu z nas to zauważa ale zbyt mało żeby kolorowe gazety, zaściankowe telewizje oraz pseudo młodzieżowe stacje epatujące niespotykam idiotyzmem i "upupiającym" swoich słuchaczy nie miało szans przetrawnia. Wszystkie te twory pseudokulturane przetrwały a co wiecej powstaj nowe na naszym chłonnym rynku mediów. Skoro już mamy media, które sprzedają to czego normalny człowiek nie nazwałby chociażby namiastką kultury i na dodatek media te mają sie dobrze pojawiły sie gwiazdy, które swoimi wyczynami pokazują stan swojego wyzwolenia czarując właścicieli otwartych i nieukierunkowanych umysłów. Troche to strasznie brzmi ale w rzeczywistości wygląda jeszcze gorzej. Czasami mam wrażenie że dobra rola aktora jest mniej ważna od zdjęcia gumy z majtek tegoż aktora, że dobra płyta nie sprzeda sie należycie dopóki wokalista nie okaże sie skończonym chamem i na dodatek nie zje swoich wymiociń na żywo w najlepszym czasie antenowym. Idąc tym przykładem każdy z nas może stać sie gwiazdą bo i jakiż to problem skoro wystarczy zostać przypadkowo sfotografowanym z gwiazda kupująca środki przeciwbólowe a wtedy to już tylko kwestia czasu kiedy dziennikarze zaczną zadawać nam pytania jakie środki to byly, czy nie jesteśmy zaginionym kuzynem z Iraku oraz czy mamy coś wspólnego z lekomania gwiazdy która znalazła sie w tym samym miejscu co my. Kiedy padną te pytania wiekszość z nas spojrzy na pytających i powie im co myśli o ich poziomie intelektualnym ale niestety pewna grupa ludzi marzących o sławie odpowie na pytania wymyślając niestworzone rzeczy i w ten oto sposób pan Henryk z pod czwartego, z którym defakto rano kupujemy gazete w osiedlowym kiosku pojawi sie na okładce gazety z podpisem że jest zaginionym bliskim samego prezydenta oraz utrzymuje zarzyłe stosunki z nieszczęsna gwiazda, która miała pecha znależć sie w tej samej aptece co pan Henio. Przerażające to wszystko ale niestety tak to już jest w krajach trzeciego świata. Każdy ma taką rozrywke i gwiazdy na jakie zasłużył wiec jeśli ty, Heleno, Marku, Tomku macie ochote znależć sie na okładce gazety, zostać gwiazdą radiowych audycji i ostatecznie wystąpic w reklamie proszku do prania pamiętajcie żeby nosić ze sobą aparat. Może i wam w końcu uda sie spotkać kogoś znanego.
poniedziałek, 5 listopada 2007
Dziewczę z jajcami ;-)
Dziewczynka z jajami.
Dziewczynka z jajami pojawia się dwa razy w tygodniu. Ma duży wiklinowy koszyk, ładną buzię i niebieskie oczy. W koszyku jaja. Jaja świeże prosto od kury. Kiedy żony nie ma w domu, wpuszczam dziewczynkę i kupuję 25 jaj za jedyne 15 złotych. Są co prawda nieco mniejsze i nie tak świeże jak te ze sklepiku z sąsiedztwa, ale lubię pogadać z dziewczynką. Może się wybierze na studia do Rumii? To przykład pozytywny spotkań z mała akwizycją.
Chłopcy.
Chłopcy są bez jaj, ale mają szlachetny cel. Zbierają zużytą odzież dla PCK. Dostają odzież prawie nową, zawsze czystą, starannie przebraną. Czyni to moja żona. Nie znaczy to, że moja żona woli chłopców od dziewczynki (podejrzliwie przecież patrzy na piętrzące się stosy jaj w lodówce), ale podobają jej się szlachetne cele chłopców. Niedawno dowiedzieliśmy się, że odzież wędruje do pobliskich „ciucholandów”, ale PCK ma z tego jakiś mały procent. Trochę nas to zmroziło i teraz rzadziej wpuszczam chłopców do domu. Wolę dziewczynkę. Panienka. Panienka pojawia się dwa razy w roku. Zapomina, że już była. Ma seksowne mini i bluzeczkę, która „przypadkiem” się rozchyla, kiedy ona sięga do ogromnej torby z dobrami. Czego tam nie ma! Cudowne noże, które są ze szlachetnej szwedzkiej stali i same się ostrzą, lecznicze latarki z pozytronowym przeciwrakowym światłem żółtym, małe miksery, w których wszystko można zetrzeć na miał, bezprzewodowe czajniki, których używa sam Adam Małysz.
Szybko wylicza, że koszt zakupu wynosi 770 złotych, ale ona z dobrego serca sprzeda mi to wszystko za 200 zł. Zbaraniały – kupuję. Po wyjściu widzę, że czajnik trzeba od razu wystawić na śmietnik(gotowana w nim woda podejrzanie śmierdzi jakąś farbą), noże niczego nie tną, w mikserach można stracić palec, zaś lecznicza latarka niczym się nie różni od tej z kiosku ( za 5 złotych), no może tym tylko, że nie świeci. Nie lubię panienki w mini – ale to przecież sam dałem się wrobić „w jelenia”. Ostatnio nie wpuściłem panienki. Powiedziałem, co sądzę o jej metodach, ale też pochwaliłem za umiejętność przekonywania.
Poważnie pogadałem z chłopcami. Przyznali się do podstępu, ale pokazali też podziękowanie od PCK, czyli nie są najgorsi.. Od czasu do czasu sam coś tam przygotowuję dla nich. Robię sobie jajecznicę z 6 jaj. Mam ich jeszcze sporo, ale przy takich śniadaniach (oj ten cholesterol!) zapasy szybko się skończą. Wówczas wpuszczę dziewczynkę. Lubię dziewczynkę z jajami.
Dziewczynka z jajami pojawia się dwa razy w tygodniu. Ma duży wiklinowy koszyk, ładną buzię i niebieskie oczy. W koszyku jaja. Jaja świeże prosto od kury. Kiedy żony nie ma w domu, wpuszczam dziewczynkę i kupuję 25 jaj za jedyne 15 złotych. Są co prawda nieco mniejsze i nie tak świeże jak te ze sklepiku z sąsiedztwa, ale lubię pogadać z dziewczynką. Może się wybierze na studia do Rumii? To przykład pozytywny spotkań z mała akwizycją.
Chłopcy.
Chłopcy są bez jaj, ale mają szlachetny cel. Zbierają zużytą odzież dla PCK. Dostają odzież prawie nową, zawsze czystą, starannie przebraną. Czyni to moja żona. Nie znaczy to, że moja żona woli chłopców od dziewczynki (podejrzliwie przecież patrzy na piętrzące się stosy jaj w lodówce), ale podobają jej się szlachetne cele chłopców. Niedawno dowiedzieliśmy się, że odzież wędruje do pobliskich „ciucholandów”, ale PCK ma z tego jakiś mały procent. Trochę nas to zmroziło i teraz rzadziej wpuszczam chłopców do domu. Wolę dziewczynkę. Panienka. Panienka pojawia się dwa razy w roku. Zapomina, że już była. Ma seksowne mini i bluzeczkę, która „przypadkiem” się rozchyla, kiedy ona sięga do ogromnej torby z dobrami. Czego tam nie ma! Cudowne noże, które są ze szlachetnej szwedzkiej stali i same się ostrzą, lecznicze latarki z pozytronowym przeciwrakowym światłem żółtym, małe miksery, w których wszystko można zetrzeć na miał, bezprzewodowe czajniki, których używa sam Adam Małysz.
Szybko wylicza, że koszt zakupu wynosi 770 złotych, ale ona z dobrego serca sprzeda mi to wszystko za 200 zł. Zbaraniały – kupuję. Po wyjściu widzę, że czajnik trzeba od razu wystawić na śmietnik(gotowana w nim woda podejrzanie śmierdzi jakąś farbą), noże niczego nie tną, w mikserach można stracić palec, zaś lecznicza latarka niczym się nie różni od tej z kiosku ( za 5 złotych), no może tym tylko, że nie świeci. Nie lubię panienki w mini – ale to przecież sam dałem się wrobić „w jelenia”. Ostatnio nie wpuściłem panienki. Powiedziałem, co sądzę o jej metodach, ale też pochwaliłem za umiejętność przekonywania.
Poważnie pogadałem z chłopcami. Przyznali się do podstępu, ale pokazali też podziękowanie od PCK, czyli nie są najgorsi.. Od czasu do czasu sam coś tam przygotowuję dla nich. Robię sobie jajecznicę z 6 jaj. Mam ich jeszcze sporo, ale przy takich śniadaniach (oj ten cholesterol!) zapasy szybko się skończą. Wówczas wpuszczę dziewczynkę. Lubię dziewczynkę z jajami.
czwartek, 4 października 2007
Narcyz i Herkules
Pisałem swego czasu o metamorfozach, nawet sobie ów temat upodobałem. Mogłem przypuszczać, że jeszcze do niego wrócę już z obowiązków naukowych. Przyszło mi bowiem zredagować do Słownika Terminów Literackich hasło „metamorfoza”. Oj, to już nie przelewki. Napracowałem się solidnie, przejrzałem wszystkie możliwe strony w Internecie, w końcu napisałem.
W czasie pisania zastanawiałem się, którą z antycznych metamorfoz polecałbym jako „prototypową”, najbardziej interesującą i też najbardziej inspirującą dla później podjętych prób jej literackiego lub plastycznego przetworzenia. Jestem przekonany, że może to być mit o Narcyzie. Jak wiemy, Narcyz był pięknym młodzieńcem, nieprzystępnym i czystym . Na swoje nieszczęście zakochała się w nim nimfa Echo. Odrzucona przez Narcyza, usychała z tęsknoty, traciła ciało, w końcu pozostał tylko po niej głos. I ten głos zanosił modły do Nemesis, aby ukarała dumnego i okrutnego młodzieńca, oby jego miłość też była niespełniona. Tak się też stało. Narcyz ujrzał swoje oblicze w strumieniu i się w nim (w sobie) zakochał. Daremnie wyciągał ręce, daremnie chciał objąć luby obraz, za każdym razem fale rozmywały wizerunek, a czysta woda przeciekała między palcami. Narcyzm – jak Echo – usychał z rozpaczy. Wkrótce zmarł. Przyjaciele podpalili stos żałobny, a potem zdumieni zauważyli, że z popiołów wyrasta piękny biały kwiat. Nazwano go narcyzem. Pamiętamy jeszcze, że kwiat ów odegra wielką rolę w losach Persefony: lekkomyślnie go zerwie oddając się przez to we władanie Hadesa. Ileż było wersji literackich i malarskich tego mitu!
Ale nie o tym wszakże chciałem pisać. Mit Narcyza i mit Herkulesa stały się wielką metaforą filozofii personalistycznej. Mity te określają dwa niebezpieczeństwa; dwie spolaryzowane postawy ludzkie. Postawa Narcyza – to postawa dumnej samotności, czystości, która nie pozwala na „brudzenie sobie rąk” troskami tego świata. Postawa w końcu jałowa i prowadząca do niespełnienia. A Herkules?. Ciągle zabiegany, ciągle coś tam robiący, brudzący sobie ręce w stajniach Augiasza, czyż nie mógłby zostać wzorem życia pełnego, życia twórczego. Otóż nie- odpowiadają personaliści. Herkules działał na rozkaz głupiego króla Eresteusza. Choć w większości czynił rzeczy pożyteczne, to zmuszany był także do czynów bezsensownych (porwanie Cerbera chociażby). Nadmiar zadań pozbawiał go – potrzebnych każdej istocie myślącej – chwil zastanowienia, autorefleksji. Nic dziwnego, że miewał napady szału, a potem za grzechy w tym amoku poczynione musiał pokutować. Między bezczynnością Narcyza a nadczynnością Herkulesa plasuje się zatem sfera autentycznych ludzkich działań. Nasze czyny muszą być wyrazem naszej woli, zaś czyn niekiedy może być utożsamiony z myślą (refleksją). Pamiętajcie o tym moi młodzi Czytelnicy. Unikajcie zarówno drogi Narcyza i drogi Herkulesa.
W czasie pisania zastanawiałem się, którą z antycznych metamorfoz polecałbym jako „prototypową”, najbardziej interesującą i też najbardziej inspirującą dla później podjętych prób jej literackiego lub plastycznego przetworzenia. Jestem przekonany, że może to być mit o Narcyzie. Jak wiemy, Narcyz był pięknym młodzieńcem, nieprzystępnym i czystym . Na swoje nieszczęście zakochała się w nim nimfa Echo. Odrzucona przez Narcyza, usychała z tęsknoty, traciła ciało, w końcu pozostał tylko po niej głos. I ten głos zanosił modły do Nemesis, aby ukarała dumnego i okrutnego młodzieńca, oby jego miłość też była niespełniona. Tak się też stało. Narcyz ujrzał swoje oblicze w strumieniu i się w nim (w sobie) zakochał. Daremnie wyciągał ręce, daremnie chciał objąć luby obraz, za każdym razem fale rozmywały wizerunek, a czysta woda przeciekała między palcami. Narcyzm – jak Echo – usychał z rozpaczy. Wkrótce zmarł. Przyjaciele podpalili stos żałobny, a potem zdumieni zauważyli, że z popiołów wyrasta piękny biały kwiat. Nazwano go narcyzem. Pamiętamy jeszcze, że kwiat ów odegra wielką rolę w losach Persefony: lekkomyślnie go zerwie oddając się przez to we władanie Hadesa. Ileż było wersji literackich i malarskich tego mitu!
Ale nie o tym wszakże chciałem pisać. Mit Narcyza i mit Herkulesa stały się wielką metaforą filozofii personalistycznej. Mity te określają dwa niebezpieczeństwa; dwie spolaryzowane postawy ludzkie. Postawa Narcyza – to postawa dumnej samotności, czystości, która nie pozwala na „brudzenie sobie rąk” troskami tego świata. Postawa w końcu jałowa i prowadząca do niespełnienia. A Herkules?. Ciągle zabiegany, ciągle coś tam robiący, brudzący sobie ręce w stajniach Augiasza, czyż nie mógłby zostać wzorem życia pełnego, życia twórczego. Otóż nie- odpowiadają personaliści. Herkules działał na rozkaz głupiego króla Eresteusza. Choć w większości czynił rzeczy pożyteczne, to zmuszany był także do czynów bezsensownych (porwanie Cerbera chociażby). Nadmiar zadań pozbawiał go – potrzebnych każdej istocie myślącej – chwil zastanowienia, autorefleksji. Nic dziwnego, że miewał napady szału, a potem za grzechy w tym amoku poczynione musiał pokutować. Między bezczynnością Narcyza a nadczynnością Herkulesa plasuje się zatem sfera autentycznych ludzkich działań. Nasze czyny muszą być wyrazem naszej woli, zaś czyn niekiedy może być utożsamiony z myślą (refleksją). Pamiętajcie o tym moi młodzi Czytelnicy. Unikajcie zarówno drogi Narcyza i drogi Herkulesa.
czwartek, 27 września 2007
Skąd się wzięły komunały?
Współczesny Europejczyk, dynamiczny, odkrywczy i multimedialny zapomniał już o retorycznej kolebce, która go (pośrednio) wychowała. Co prawda, potrafi stosować wielce podejrzane „chwyty” erystyczne, żeby zniewolić ku swej racji, jest mistrzowski w sofistycznej reklamie, która natrętnie zaleca jedno: „kup mnie”, lecz mimo całej swojej „jednowymiarowości” oraz braku głębszych wartości duchowych z lekceważeniem odnosi się do wszystkich „prawd co nie nowe”, nazywając je komunałami.
Jakże łatwo zapomnieć o tym, że te pogardzane komunały odgrywały ogromną rolę w retoryce zarówno w jej planie inwencyjnej (tematycznej) jak i dystrybucyjnej (kompozycyjnej). Retor musiał być wiarygodny, a także musiał pamiętać o stałej więzi z audytorium. Pozyskanie życzliwości tego audytorium stało się koniecznym warunkiem oracji. Nie zawsze przecież horyzonty mentalne mówcy były tożsame z kulturową kompetencją odbiorców. Żeby nie doprowadzać do dramatycznej nierówności teoretycy wymowy radzili zwracać się do „miejsc wspólnych” (loci communes) gwarantujących wzajemne porozumienie nadawczo - odbiorcze.
Takie loci communes (dziś – komunały) stanowiły zbiór mniemań najogólniejszych, powszechnych, nie budzących wątpliwości. Bo przecież nikt nie podważa opinii, że lepiej być bogatym i zdrowym, niż biednym i chorym, czy też, że lepiej jest czynić dobrze niż źle. Choć, oczywiście, przy „prywatnym” stosowaniu tych zaleceń może się okazać, że „dobrze” dla mnie nie oznacza wcale „dobrze” dla mego bliźniego. W tym przypadku „miejsca wspólne” mogły służyć całej sprawie retorycznej argumentacji. A przy komponowaniu mowy? Retorzy zalecali, żeby nie zamęczać słuchacza choćby najszlachetniejszymi nawet wywodami, ale dać mu odetchnąć, wprowadzając „miejsce wspólne odpoczynku” -najczęściej były to znane opowieści, przykłady, analogie. Miejsca te nazwano sedes, bo rzeczywiście i mówca i słuchacze mogli na chwilę usiąść, a nie biegać za myślą.
Mimo rozbudowanej i znakomitej argumentacji odwołującej się do dialektyki i logiki wielcy mówcy korzystali także z miejsc wspólnych i osiągali przez to zamierzony efekt. Przypomnijmy znaną mowę Cycerona przeciwko Katylinie. Cycero wystąpił z oskarżeniem o zamach stanu, nie wiedząc jeszcze czy znajdzie poparcie senatorów. Musiał ich przekonać stosując w argumentacji coś więcej niż chłodną logikę. I oto porównał ojczyznę do matki, zaś Katylinę do złego, wyrodnego syna. I nawet odegrał rolę cierpiącej matki, która niczego więcej nie chce, jak tylko, by syn niedobry więcej jej nie trwożył i odszedł z domu. Tak się też stało. Katylina uciekł z Rzymu i wkrótce został pokonany przez wojska konsulów. To miejsce wspólne utrwala się w kulturze, jest dalej wykorzystywane, trwa niejako poza czasem. Przecież podobna topika charakteryzuje „Kazania” P. Skargi.
Oczywiście, nadmiernie rozbudowana kultura wspólnych miejsc może służyć także wszelkim systemom politycznym, które zakładają swoją władzę na ubezwłasnowolnieniu obywateli, na serwowaniu im bezrefleksyjnej papki informacyjnej, na bezdyskusyjnym przyjmowaniu ideologicznej agitacji. To jest groźne i przed tym ostrzega dziś poezja. We współczesnej polskiej literaturze pojawił się w latach siedemdziesiątych nurt Nowej Fali walczący z oficjalnym, gazetowym językiem „fałszywej kultury”. Ale to już inna bajka, inny felieton.
Jakże łatwo zapomnieć o tym, że te pogardzane komunały odgrywały ogromną rolę w retoryce zarówno w jej planie inwencyjnej (tematycznej) jak i dystrybucyjnej (kompozycyjnej). Retor musiał być wiarygodny, a także musiał pamiętać o stałej więzi z audytorium. Pozyskanie życzliwości tego audytorium stało się koniecznym warunkiem oracji. Nie zawsze przecież horyzonty mentalne mówcy były tożsame z kulturową kompetencją odbiorców. Żeby nie doprowadzać do dramatycznej nierówności teoretycy wymowy radzili zwracać się do „miejsc wspólnych” (loci communes) gwarantujących wzajemne porozumienie nadawczo - odbiorcze.
Takie loci communes (dziś – komunały) stanowiły zbiór mniemań najogólniejszych, powszechnych, nie budzących wątpliwości. Bo przecież nikt nie podważa opinii, że lepiej być bogatym i zdrowym, niż biednym i chorym, czy też, że lepiej jest czynić dobrze niż źle. Choć, oczywiście, przy „prywatnym” stosowaniu tych zaleceń może się okazać, że „dobrze” dla mnie nie oznacza wcale „dobrze” dla mego bliźniego. W tym przypadku „miejsca wspólne” mogły służyć całej sprawie retorycznej argumentacji. A przy komponowaniu mowy? Retorzy zalecali, żeby nie zamęczać słuchacza choćby najszlachetniejszymi nawet wywodami, ale dać mu odetchnąć, wprowadzając „miejsce wspólne odpoczynku” -najczęściej były to znane opowieści, przykłady, analogie. Miejsca te nazwano sedes, bo rzeczywiście i mówca i słuchacze mogli na chwilę usiąść, a nie biegać za myślą.
Mimo rozbudowanej i znakomitej argumentacji odwołującej się do dialektyki i logiki wielcy mówcy korzystali także z miejsc wspólnych i osiągali przez to zamierzony efekt. Przypomnijmy znaną mowę Cycerona przeciwko Katylinie. Cycero wystąpił z oskarżeniem o zamach stanu, nie wiedząc jeszcze czy znajdzie poparcie senatorów. Musiał ich przekonać stosując w argumentacji coś więcej niż chłodną logikę. I oto porównał ojczyznę do matki, zaś Katylinę do złego, wyrodnego syna. I nawet odegrał rolę cierpiącej matki, która niczego więcej nie chce, jak tylko, by syn niedobry więcej jej nie trwożył i odszedł z domu. Tak się też stało. Katylina uciekł z Rzymu i wkrótce został pokonany przez wojska konsulów. To miejsce wspólne utrwala się w kulturze, jest dalej wykorzystywane, trwa niejako poza czasem. Przecież podobna topika charakteryzuje „Kazania” P. Skargi.
Oczywiście, nadmiernie rozbudowana kultura wspólnych miejsc może służyć także wszelkim systemom politycznym, które zakładają swoją władzę na ubezwłasnowolnieniu obywateli, na serwowaniu im bezrefleksyjnej papki informacyjnej, na bezdyskusyjnym przyjmowaniu ideologicznej agitacji. To jest groźne i przed tym ostrzega dziś poezja. We współczesnej polskiej literaturze pojawił się w latach siedemdziesiątych nurt Nowej Fali walczący z oficjalnym, gazetowym językiem „fałszywej kultury”. Ale to już inna bajka, inny felieton.
czwartek, 20 września 2007
Powrócicho ;-)
Powróciłem więc, po dość długiej przerwie. Ostatnio nawaliło się sporo obowiązków, ale odwiedziłem żonę w tym tygodniu, więc jestem pełen entuzjazmu niczym ptaszek wiosenny ;-))
Złota jesień się zaczyna. Na dworze raz zimno, raz ciepło- nie mam pojęcia co wkładać na siebie, gdy wychodzę rano z domu. Jeśli jesteśmy już przy porach roku, to jesień chyba jest jedną z moich znienawidzonych, z racji ciągłych wahań temperatury. Jednego dnia ubieram skórzaną kurtkę i polarowy szal, gdy okazuje się, że jest ciepło, a drugiego dnia wychodzę na samej bluzie, gdy po przekroczeniu progu klatki schodowej okazuje się, że są 3 stopnie :-/ Jestem paskudnie zakatarzony, gardło mam niczym piłka tenisowa, a kości strzykają mi jak emerytowanemu starcowi ;-)))
Złota jesień się zaczyna. Na dworze raz zimno, raz ciepło- nie mam pojęcia co wkładać na siebie, gdy wychodzę rano z domu. Jeśli jesteśmy już przy porach roku, to jesień chyba jest jedną z moich znienawidzonych, z racji ciągłych wahań temperatury. Jednego dnia ubieram skórzaną kurtkę i polarowy szal, gdy okazuje się, że jest ciepło, a drugiego dnia wychodzę na samej bluzie, gdy po przekroczeniu progu klatki schodowej okazuje się, że są 3 stopnie :-/ Jestem paskudnie zakatarzony, gardło mam niczym piłka tenisowa, a kości strzykają mi jak emerytowanemu starcowi ;-)))
piątek, 31 sierpnia 2007
Nieobliczalna śmierć
Antonio Puerta był młodym, 22- letnim hiszpańskim piłkarzem SC Sevilli. Pomimo zapewnień lekarzy o rzekomo niealarmujących winikach jego badań, Puerta zasłabł podczas meczu Sevilla- Getafe, upadając uprzednio na murawę.
Nikogo nie dziwi sprawa utraty przyto mności, spotykało to bowiem również wcześniej wielu innych piłkarzy. Niejeden złamał kostkę, nos, czy rękę- sprawa śmierci jednak jest o wiele bardziej szokująca.
Puerta, według wyników wcześniej przeprowadzonych badań, był rzekomo w zupełności zdrowy. Jego bliscy jednak cicho szeptali, że to nie pierwsze jego zasłabnięcie. U Puerty przerwnana została akcja serca i odcięty został dopływ tlenu do mózgu. Antonio zmarł w szpitalu, nie budząc się wcześniej z drugiego omdlenia.
Pozostawił ciężarną narzeczoną.
Nikogo nie dziwi sprawa utraty przyto mności, spotykało to bowiem również wcześniej wielu innych piłkarzy. Niejeden złamał kostkę, nos, czy rękę- sprawa śmierci jednak jest o wiele bardziej szokująca.
Puerta, według wyników wcześniej przeprowadzonych badań, był rzekomo w zupełności zdrowy. Jego bliscy jednak cicho szeptali, że to nie pierwsze jego zasłabnięcie. U Puerty przerwnana została akcja serca i odcięty został dopływ tlenu do mózgu. Antonio zmarł w szpitalu, nie budząc się wcześniej z drugiego omdlenia.
Pozostawił ciężarną narzeczoną.
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Nasze polskie PKP ;o)
Panie i Panowie!
Niedziela wieczór. Napięcie rośnie! Czy pociąg będzie opóźniony? A może będzie przed czasem? Tego jeszcze nie wiemy! Ludzie garną się przed tory, kurczowo przytrzymują ramiączka swoich plecaków- rozkładają łokcie w razie potrzeby samoobrony; rozglądają się dokoła i nerwowo tupią nóżkami.
I nadjeżdża! Cóż za emocje! Dłonie robią się czerwone pod wpływem intensywnego wrzynania się w materiał bagażu, usta zaciskają się nerwowo, oczy przymykają się w skupieniu... I nadchodzi czas wielkiej bitwy... o wolny przedział. Ruszają młodzi studenci i starsi emeryci, chorzy i zdrowi, homo i heteroseksualiści. Ktoś dostał butem, ktoś złamał nogę. Co się dzieje?!
Tak właśnie wygląda moja podróż pociągiem do Gdyni. Ilekroć staram się być kulturalny, ludzie odwzajemniają mi się śliną na twarz. Nienawidzę podróży. Pewnie dlatego, że cierpię na chorobę lokomocyjną- jak mój pies Amon ;-))) Nie rozumiem tych wszystkich przepychanek, wojen o wolny przedział, krzyków i wrzasków. Po prostu nienawidzę...
Już od tygodnia korzystam z Netii. Jest dobrze. I mam nadzieję, że nie będzie tego samego, co z Neostratą ;o))
Pozdrawiam odwiedzających :-)))
Niedziela wieczór. Napięcie rośnie! Czy pociąg będzie opóźniony? A może będzie przed czasem? Tego jeszcze nie wiemy! Ludzie garną się przed tory, kurczowo przytrzymują ramiączka swoich plecaków- rozkładają łokcie w razie potrzeby samoobrony; rozglądają się dokoła i nerwowo tupią nóżkami.
I nadjeżdża! Cóż za emocje! Dłonie robią się czerwone pod wpływem intensywnego wrzynania się w materiał bagażu, usta zaciskają się nerwowo, oczy przymykają się w skupieniu... I nadchodzi czas wielkiej bitwy... o wolny przedział. Ruszają młodzi studenci i starsi emeryci, chorzy i zdrowi, homo i heteroseksualiści. Ktoś dostał butem, ktoś złamał nogę. Co się dzieje?!
Tak właśnie wygląda moja podróż pociągiem do Gdyni. Ilekroć staram się być kulturalny, ludzie odwzajemniają mi się śliną na twarz. Nienawidzę podróży. Pewnie dlatego, że cierpię na chorobę lokomocyjną- jak mój pies Amon ;-))) Nie rozumiem tych wszystkich przepychanek, wojen o wolny przedział, krzyków i wrzasków. Po prostu nienawidzę...
Już od tygodnia korzystam z Netii. Jest dobrze. I mam nadzieję, że nie będzie tego samego, co z Neostratą ;o))
Pozdrawiam odwiedzających :-)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
